Nie masz jeszcze konta?
Utwórz je.
Nie pamiętasz loginu?
Kliknij tutaj.
Nie pamiętasz hasła?
Kliknij tutaj.
autor: Aneta Stawiszyńska Marciniak
Maj, mamy maj, a z nim … sezon komunijny. Kto nie doświadczył ten nie wie, co to znaczy. Sami niewiele z własnych Komunii pamiętamy, a znaczną cześć wspomnień zajmują te o prezentach. Gdy jednak jest się rodzicem dziecka, które do Komunii ma przystąpić perspektywa ulega zmianie. Sama walczę z tym tematem od lutego (?!). I słowa walka użyłam celowo. Z jednej strony kwestie organizacyjne, finansowe, z drugiej, refleksje, od których nie sposób uciec. Czy to całe wariactwo towarzyszące Komunii jest potrzebne, ba czy w ogóle powinno mieć miejsce? Co jest koniecznością, co złotym środkiem, a gdzie zaczyna się przesada? Jak nie dać się zwariować, jak nie poddać się owczemu pędowi? Czy sala to wyrzucenie pieniędzy? Czy kosmetyczka jest potrzebna? Czy stać nas na prezent?
Przede wszystkim powoli odkrywam, iż przeniesienie rodzinnego spotkania z domu do restauracji nie jest takim szalonym i wydumanym pomysłem. Kiedyś tego nie było, ale może, dlatego, że miejsc odpowiednich, dostępnych dla ogółu nie uraczył. Nadal uważam, że mini wesele z tłumem gości to gruba przesada i niestosowność. Jednak, co jest złego w tym, że najbliżsi, którzy i tak do domu by zawitali, zjedzą obiad poza nim? Jak widzę ogrom zajęć, które przede mną, dochodzę do wniosku, że nic złego. Przynajmniej mogłabym się skupić na samym Wydarzeniu. A tak, czeka mnie maraton weekendowy w kuchni, plus zabawa w kucharkę i kelnerkę w niedzielę. I weź tu człowieku bądź miły, radosny i uduchowiony jak ledwo na nogach się trzymasz. Wiem, wiem, sama używałam argumentu z cyklu – nasi rodzice Komunie też wyprawiali, trudniej o wszystko było, a dawali radę. No niby tak…. wozów konnych też kiedyś używali, albo na pieszo chodzili, to, po co nam teraz auta? Coś mi mówi, że kolejną Komunię, jak fundusze pozwolą, zrobię w małym lokalu, gdzie ugotują, podadzą, odniosą, posprzątają. Nadal jednak pozostanę przy kameralnym, wręcz wyłącznie obowiązkowym, składzie Gości.
Stroje. Tu mamy istne szaleństwo, rozmach i przepych. My usiłowaliśmy przeforsować opcję Alb, żeby było jednakowo, bez rewii itp. Mniej więcej trzydzieścioro pięcioro dzieci przystępuje do Komunii. Mały wiejski Kościółek. Nie udało się. Zawsze znajdzie się ktoś przeciwny, a spróbujcie przekonać chłopca żeby albę założył, jako jedyny. Nie ma szans, a na siłę trochę szkoda. Całkiem na marginesie dodam, że i ten rodzaj garderoby „krawcy” skutecznie udziwnili i czasem aż nie wiadomo, co to ma być. Jeszcze alba, tyle, że falbaniasta, czy już strojna toaleta do ślubu.
Zastanawiam się patrząc na wystrojone niewyobrażalnie wręcz Dziewczynki, wyczesane, podmalowane, czemu Ich Rodzicom tak bardzo zależy by były dorosłe. Czemu koniecznie chcą pod gorsetami, falbanami, pudrami schować te śliczne, jeszcze tak bardzo niewinne buźki. Czy na prawdę musimy mieć pokaz mody ślubnej w wykonaniu „starych maleńkich”? Czy, aż tak źle wygląda 8 letnia dziewczynka w prostej, białej sukieneczce do kolan, bez butów na obcasie? Z chłopcami na szczęście mniejszy problem, bo garnitur to garnitur. Obawiam się, że nic tu się nie zmieni, przecież nikt nie zakaże tego czy tamtego, bo się larum podniesie. A swoją drogą, skoro zakazuje się wstępu z aparatem czy kamerą, żeby „zamieszania” nie robić, a jedyny uprawniony fotograf to ten z polecenia księdza, to może jednak by można wprowadzić obostrzenia w dopuszczalnym stroju? Mrzonka taka sama jak mundurki w szkołach. Niby idea słuszna a sposób realizacji skutecznie ją zaprzepaścił.
Teraz kwestia prezentów. Powinny być symboliczne. Czyli jakaś Bozia, łańcuszek, kolczyki, zegarek, do tego Biblia. Pięknie, skromnie, na pamiątkę. Tylko czy dzieci się ucieszą? Ile można mieć złotych łańcuszków z krzyżykiem, szczególnie, gdy się ich nie nosi? A w moich oczach dzieci ich nosić nie powinny. Oczywiście Komunia to nie gwiazdka i prezentów mogłoby w ogóle nie być, a jak już to cieszyć nie muszą. Radość powinna płynąć z samego Wydarzenia. Jasne. Trzeba by tylko, zdecydowanie zmienić moment, w którym dzieci do Komunii przystępują. Wiem, że masa osób się oburzy, ale większość z naszych pociech bardzo mało tak na prawdę pojmuje z doniosłości Komunii. To jest dla nich jednak abstrakcyjne. Niby mają tłumaczone, ale wystarczy posłuchać tego, co mówią by zrozumieć, że pojmują nieco odmiennie to, co słyszą. Ekscytuje je samo wydarzenie, to, że są pierwszy raz tak bardzo ważne. Biegają do Kościoła jak mają przykazane, pilnują się wzajemnie, tyle że celem nie jest spotkanie z Bogiem, nie, celem jest przyniesienie obrazka. A później mamy licytację, kto ma więcej. Przeżywają, wyczekują, nawet się denerwują, a co będzie jak się pomylą, a co jak nie będą mogły przyjść na jakieś spotkanie przedkomunijne. Udziela Im się nasze podenerwowanie sytuacją i przygotowaniami.
Na pewno są dzieci bardzo świadomie przeżywające, ale jest Ich garstka. I nie ma, co się dziwić, taka jest specyfika dzieci w tym wieku. Oczywiście sporo zależy jak zawsze od Rodziców i tego, na co kładą nacisk. W moim odczuciu jednak, najistotniejsza jest praca księdza czy katechety, osoby najbardziej przygotowanej do tego by wprowadzić nasze pociechy w tajniki wiary i pokazać, co jest najistotniejsze. A tu też różnice bywają ogromne. Jedni nauczają, tłumaczą a inni ograniczają się do odliczania kolejnych „obrazków”.
Wracając do kwestii prezentów. Jeżeli rodzice przyzwyczaili dziecko do wyszukanych, acz niekoniecznie odpowiednich podarków, to teraz mają poważny problem, bo albo dużo kasy albo kład czy inny skuter w grę wchodzi. Ponieważ fanką biżuterii nie jestem (ale to rzecz gustu i płci) po cichu myślę, że lepiej złożyć się na komputer stacjonarny, dobry rower, rolki, kupić zegarek, interesujące książki. Ośmioletnie dziecko, nie będzie nosić laptopa do szkoły, profesjonalny aparat też mu nie jest potrzebny. Kład stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia (pamiętam ojca, który w TV płakał i przestrzegał, taki prezent zabrał Mu syna). Trzeba też pamiętać ze dziecko będzie chciało te wszystkie drogie gadżety pokazać, zabrać do szkoły, i co wtedy? Nie pozwolimy, bo albo popsuje, albo zgubi, albo, co gorsza ktoś je napadnie żeby ukraść. Także bez szaleństw. Można sprawić dziecku frajdę w granicach zdrowego rozsądku i bez rywalizacji z innymi. Tak sobie wymyśliłam przynajmniej. Zobaczymy, co powie Syn po Komunii...