zamknij

Nie masz jeszcze konta?
Utwórz je.
Nie pamiętasz loginu?
Kliknij tutaj.
Nie pamiętasz hasła?
Kliknij tutaj.
Panel logowania

Znajdź opiekunkę

dane dostarcza: niania.pl
baner-zostan_redaktorem

Użytkownicy online

0 użytkowników i 98 gości online
autor: Aneta Stawiszyńska Marciniak 

. Dookoła mnie piętrzą się stosy talerzy, garów itp. klamotów. Wszystkie powierzchnie płaskie usłane są różnej maści asortymentem rodem z dużego spożywczego. Lodówka wybebeszona (jak większość szafek). W tym wszystkim ja, detergenty, szmata. Jednym słowem gruntowne porządki.

Kuchnia

 Tereny zielone. Ziemia, piach, woda, błoto, chwasty, tu i ówdzie „niechwast” jakiś, a w tym wszystkim ja, urobiona po łokcie, walczę z florą, która się pleni, choć nie powinna. Plecy bolą, kolana bolą, gleba wciska się pod każdy paznokieć. Sielanka na łonie natury jednym słowem.

Składzik klamotów wszelkich, gabinetem (nie wiedzieć, czemu!) zwany. Biurko, laptop, sterta kolorowej makulatury dookoła, notatki itp. cuda. Przy tym wszystkim ja rwąca włosy z głowy, bo termin oddania tekstu mocno wczorajszy, a wena poszła w świat i nie wraca. Pełen relaks, jednym słowem.

Kanapa. Moja głowa. Wolałabym żeby jednak nie moja, bo wtedy nie szczególnie przeszkadzałoby mi, że tak boli. Niestety rzeczona trzyma się mocno mojej szyi, więc cierpię. Usiłuję ją przekonać żeby boleć przestała, przykładam do głowy kompres, a ją samą usiłuję przyłożyć do poduszki.

(…) tu proszę sobie wstawić dowolną ilość sytuacji, w których przeciętna matka może się znaleźć zagoniona przez czas i obowiązki.

Co może się wydarzyć w tak sprzyjających warunkach? Co, w sytuacji, gdy matka walczy z wiatrakami lekko zasapana i nieszczególnie towarzysko nastawiona, poczną jej pociechy?

Ano wtedy, moje słodkie Anioły dwa, które trzy minuty wcześniej oddawały się wspólnej bądź indywidualnej, ale całkowiciezrobię to dzisiaj nieinwazyjnej zabawie, nagle stwierdzą, że hasła miłości i pokoju są nieaktualne. Nie omieszkają również, wszem i wobec tej zmiany w poglądach zakomunikować. I to dobitnie, głośno i wyraźnie. Rozpęta się III wojna światowa. Zewsząd popłyną groźby, lamenty i żale. Oczywiście konflikty te okażą się kompletnie nie do rozwiązania bez udziału negocjatora. Z braku oddziału S.W.A.T na podorędziu, rola ta przypadnie mnie. Jak łatwo się domyśleć, urobiona po łokcie, zestresowana, zbolała, podejdę ze zrozumieniem do stanowiska stron obu. Zachowam obiektywizm. Wydam sprawiedliwy wyrok. Naaa peeewnoooo!!!!

Gdy dzieci zignorowane (w ich przypadku najlepsza metoda, dokąd krew się nie leje) zakopią topór wojenny wcale nie oznacza to, że będę mogła w spokoju dokończyć pracę. O nie! Ich pomysłowość nie zna granic i z pewnością znajdą sposób, by ułatwić mi pracę. Oto kilka sprawdzonych pomysłów

Właśnie są na granicy odwodnienia i jeżeli „natentychmiast” nie uzupełnią płynów odwodnią się i w najlepszym wypadku czeka je szpital.

Zajęcie, które do tej pory zaprzątało je bez reszty, było wysoce energochłonne, teraz gonią już w piętkę i niezbędne jest dostarczenie im odpowiedniej dawki kilokalorii. Oczywiście niezwłocznie. Niby człowiek bez jedzenia wytrzyma dłużej niż bez picia, ale nie ma,co licha kusić.

Któreś z dwójki, albo i komplet, doznali nagłego olśnienia - bezzwłocznie potrzebują jakiejś trudno dostępnej im (z racji dość mizernego jeszcze wzrostu) gry, książki, kartki ….a może jednak nie, książki nie chcą, spokojnie mogę odłożyć ją na tę wysoką półkę, oni wolą jednak wyjść w plener. Oczywiście dadzą sobie świetnie radę i już zmykają… tylko żebym nie zapomniała o wystawieniu rowerów. Ale ile można jeździć?! 5, 10 minut? Teraz piłka (ta, co ją tata w garażu zamknął) zapewni rozrywkę na dłużej, serio. Wydałam. Wracam do czynności przerwanej, z bezpodstawną nadzieją, że uda mi się skończyć to, co zaczęłam. Jakbym dzieci swych nie znała! O ile nie nadejdzie odsiecz z jakimś asem w rękawie zamieszanie prosto jak strzelił doprowadzi do karczemnej awantury. Szczęścia moje dopiero zrugane niewybrednymi słowy (wstyd!!!), z nieszczęściem wypisanym na twarzy pozamykają ostentacyjnie swe buzie i drzwi swoich pokoi. Czasem dorzucą jeszcze dramatyczne łkanie w poduszkę. Żeby matka okropna wiedziała, jaka krzywdę im wyrządziła.

Znamienne jest to, że im mniej ja potrzebuję spokoju, im mniej jestem zajęta tym one mniej mnie potrzebują. Gdy nie gonią mnie terminy, gdy wszystko, co było do zrobienia jest zrobione i mogę spokojnie odpowiedzieć na wszystkie ich pytania, zaspokoić ich potrzeby one maja mnie krótko mówiąc w nosie. Są maksymalnie zajęte, dobrze się bawią i na nic więcej niż buziak czasu nie mają.

Nie wiem skąd ta prawidłowość. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Co by mi mój zamroczony szałem umysł nie podpowiadał, to na chłodno pewna jestem, że nie robią tego dla czerpania perfidnej przyjemności z wykończenia matki. Jaka by ich motywacja nie była, to jak ich kocham tak w danej chwili pozamykałabym w dwóch oddzielnych drewutniach najlepiej daleko od domu.

Z relacji koleżanek jasno mi wynika, że to nie tylko u mnie tak wygląda. Zdaje się, że dzieci mają jakiś czujnik wmontowany fabrycznie, który daje sygnał, że teraz można mamie adrenalinę podnieść wyjątkowo szybko i skutecznie.

Może czują się niepewnie, gdy mama oddaje się bez reszty jakiejś czynności?

Może nie potrafią zaakceptować, że czasem trzeba poczekać?

Może to ja, zajęta intensywnie, zbywam je, prowokując marudzenie?

Niestety nie potrafię rzucić wszystkiego i co 30 sekund zaspokajać kolejne, mniej lub bardziej realne potrzeby moich Aniołków. Nie zapuszczę domu, nie przestanę gotować, nie rzucę pracy i nie padnę na twarz w myśl zasady dziecko ma pierwszeństwo zawsze i we wszystkim. Wychodzę z założenia (może błędnego), że nasze pociechy należy uczyć, że każdy ma swoje obowiązki, które musi wypełnić. Że mamie czy tacie również należy się odrobina czasu dla siebie. W związku z tym nie da się zawsze wszystkiego zrobić natychmiast, gdy one sobie tego zawinszują. Dzieci powinny uczyć się cierpliwości. Oczywiście nic mnie nie zatrzyma, gdy któremuś coś złego się dzieje. Jednak, gdy ich prośby to jedynie szukanie sposobu na nudę, będą musiały poczekać. Ewentualnie, gdy istnieje taka możliwość zostaną zagonione do pomocy. Zabawne, że bardzo często, gdy pada taka propozycja natychmiast wpadają na genialny pomysł zabawy.

Nie piszę tu nic o moich sposobach na zagospodarowanie dzieci w tych newralgicznych momentach, bo nie to było moim celem. Chciałam raczej zapytać, czy i Wy Drogie Mamy obserwujecie takie tendencje u swoich dzieci. Nie lubią czekać, lubią mieć tysiące pytań i problemów, gdy jesteśmy bardzo zajęte. Wzbudzają w nas tym samym uczucia, których nijak nie da nazwać się pozytywnymi. Przecież kochamy nasze dzieci, a jednak w takich chwilach wyciągają z nas ciemną stronę mocy. Wiecie, o czym mówię?

Macie jakieś niezawodne sposoby, by jednak takie sytuacje nie kończyły się płaczem i wyrzutami sumienia? Podzielcie się z nami. Wspólnie może uda się stworzyć „zestaw ratunkowy”? ;)

 


Więcej artykułów Anety - http://naszedziecko.net.pl/jej-zdaniem.html

Komentarze (1)
ja czasem tracę cierpliwość...
1piątek, 15 października 2010 22:53
majka mała
....i wtedy krzyknę. są sytuacje że nie wytrzymuje.. potem oczywiście żałuję i spędzam z małym cudowny czas.
Mój zestaw ratunkowy to- "a teraz zrobisz coś ładnego, niespodzianke (namalujesz, zbudujesz z klockow, ułożysz z puzzli)i pokażesz pózniej mamie :) Fakt-nie zajmuje to zbyt dużo czasu....chociaż czasem mały tak pochłonie sie jakąś zabawą że zapomina krzyczeć co chwila-mamo! popatrz na to!! I bawi sie sam jakiś czas... :)
Oczywiście-jak każdej idealnej mamie zdarza mi się włączyć bajke...żeby mieć chwile dla siebie..okropna matka!! :)

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz:
  Tekst do weryfikacji. tylko małe litery bez spacji.
Weryfikacja tekstu:
Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Wykop Śledzik