Niedawno skończyłam 30 lat. W dniu swoich ostatnich urodzin obudziłam się ze łzami w oczach. To nie tak miał wyglądać ten dzień. Moja babcia urodziła moją mamę, jak miała 30 lat. Moja mama urodziła mnie, jak miała 30 lat. Ja wyszłam za mąż w wieku 21 lat i chciałam mieć dzieci przed trzydziestką, nie tak późno jak babcia i mama. A tu nawet na trzydziestkę mi się nie udało... Nie chciało mi się w ogóle obchodzić tych urodzin, nie miałam ochoty na żadne świętowanie, żadnych gości, na nic. Wiedziałam, że nie usłyszę już znienawidzonych „i życzymy ci/wam żeby wam się jak najszybciej rodzina powiększyła”, tylko ciepłe: „będziemy trzymać kciuki, życzymy ci spełnienia tego najważniejszego marzenia”. Ale czy to aż taka duża różnica??? Przecież wiadomo, że chodzi o to samo... I boli tak samo...
Nie miałam jednak wyboru. Rodzice, teściowa, babcia, brat – wszyscy wcześniej dyplomatycznie się zapowiedzieli. Niby tak niepozornie: „czy będziesz w domu, czy gdzieś wychodzicie”, „czy możemy wpaść na małą kawkę”, ale miałam wrażenie, że bali się, że odburknę: „nie, nie mam ochoty na nic, chcę być sama”. Nikt nie mówił głośno, ale każdy wiedział, że 30-te urodziny to jakaś magiczna granica. Niby nic, a jednak granica – granica wieku, do którego kobieta powinna już zostać matką. A mi się nie udało... Skoro goście już się zapowiedzieli, musiałam wziąć się za małe przygotowania. Przygotowałam kieliszki do szampana, upiekłam sernik, moja mama upiekła gigantycznego torta (wiedziała, że będzie potrzebny aż taki duży?). O 17-tej przyszli goście. Siedzieliśmy już przy stole, gdy znowu zadzwonił dzwonek. Potem znowu, i znowu. Oprócz najbliższej rodziny, pojawiła się kuzynka z mężem i dzieckiem, przyjaciółka z dwójką bąków, kolejna przyjaciółka z narzeczonym, i kolejna, i potem jeszcze zaprzyjaźnieni sąsiedzi ze swoimi bąkami... Nasze 2-pokojowe mieszkanie było pełne ludzi, pełne wesołej wrzawy, śmiechu dzieci, nawet musieliśmy wspomóc się krzesłami od sąsiadów. Goście rozeszli się późnym wieczorem. Troszkę zmęczona, ale i szczęśliwa, przytuliłam się do męża. „Popatrz, ilu mamy bliskich, którzy nas wspierają i są z nami w każdym momencie, którzy wiedzieli, jakie trudne będą dla mnie te urodziny i mimo wszystko, albo właśnie dlatego, nie pozwolili mi być w tym dniu samej, samej z moimi tęsknotami, z moim żalem. Nie pozwolili mi przepłakać całego dnia, tylko sprawili, że szczerze się śmiałam i spojrzałam z nadzieją w przyszłość, że może być jeszcze dobrze, że może być jeszcze pięknie” – wyszeptałam. Tego dnia usnęłam ze spokojnym sercem, że wszystko co było złe, zostało już za mną, za nami, i że teraz musi być już tylko lepiej.
Ale serce nigdy nie zapomni tego co było, bo to właśnie sprawiło, że dziś jestem tym kim jestem... Mieliśmy po 21 i 24 lata, gdy się pobraliśmy. Przy pomocy ze strony rodziców szybko się usamodzielniliśmy w swoim własnym „M”. Oboje pracowaliśmy, studiowaliśmy, dużo się bawiliśmy, co roku wyjeżdżaliśmy na jakieś egzotyczne wakacje. Chcieliśmy wyszaleć się zanim „wpakujemy się” w pieluchy. To nie było tak, że ja postanowiłam robić wielką karierę i dzieci przeszkadzałyby mi na drodze do sukcesu, ale chcieliśmy przede wszystkim osiągnąć jakąś stabilizację zawodową i materialną, żeby ze spokojem planować przyszłość dla naszych dzieci. Gdy ja i moje przyjaciółki z liceum i studiów skończyłyśmy po 25 lat, postanowiłyśmy chóralnie, że „czas na dzieci”. Stwierdziłyśmy, że fajnie będzie razem oczekiwać maluchów, biegać po sklepach za wózkami i ciuszkami, potem nie wozić do siebie tych wszystkich akcesoriów do przewijania, no i wreszcie, że nasze dzieci będą się razem bawiły, kiedy my będziemy plotkować. Plan był opracowany wzorowo. Naczytałyśmy się w internecie o przygotowaniach „przed”, udałyśmy się na wizytę do lekarza, odstawiłyśmy antykoncepcję, i... czekałyśmy. Po pierwszych próbach nie mogłyśmy się już doczekać, aż minie te obowiązkowe 14 dni, żeby zrobić test ciążowy i zobaczyć te dwie kreski. I przyszły pierwsze rozczarowania. Pierwszy miesiąc - nic, drugi miesiąc – nic, trzeci miesiąc – nic, czwarty miesiąc - jest! Ewa jest w ciąży. Super! U reszty cisza. Po sześciu miesiącach spotkałam się z Karoliną. Zaczęłyśmy się już głośno zastanawiać, że może coś jest nie tak. No bo skoro tyle czasu zabezpieczałyśmy się, żeby nie mieć nieplanowanego dziecka, a tu teraz tyle czasu kompletnego „luzu” i nic? Nasze mamy, jak postanowiły o naszym istnieniu, to jeden miesiąc, hyc i już byłyśmy w brzuszkach. A tu co? Pamiętam, że ja wtedy pierwszy raz powiedziałam głośno, że czuję, że u mnie to nie będzie tak łatwo.
I chyba sobie wykrakałam... Albo może jednak już wtedy to przeczuwałam? Po kilku tygodniach okazało się, że już w czasie tej rozmowy Karolina była w ciąży. W międzyczasie w ciążę zaszły kolejne dziewczyny z naszego grona. U nas dalej było cicho. Kiedy moje najbliższe przyjaciółki biegały już po sklepach w poszukiwaniu wyprawki, ja zaczęłam biegać po lekarzach. No może nie od razu biegać, bo na początku były to tylko lekko zaniepokojone wizyty. Najpierw lekarz rodzinny i podstawowe badania ogólnego stanu zdrowia. Potem lekarz ginekolog, do której chodziłam regularnie od kilku lat. Znowu kilka podstawowych badań, m.in. hormony, USG. Generalnie wszystko ok., z wyjątkiem jednego hormonu, którego wynik był w górnej granicy. Dla pewności kilka leków regulujących gospodarkę hormonalną plus zalecenie większego spokoju, wyluzowania, może zmiany klimatu na wakacjach. Tak minęło kilka miesięcy, bo wiadomo przecież, że leki nie pomagają od razu. W międzyczasie nasi przyjaciele szykują się do narodzin maluchów. Spotykamy się z nimi przy różnych okazjach. Dzieci są w brzuszkach, więc wykorzystujemy ostatnie okazje na imprezy „bez zobowiązań”. Każde wspólne spotkanie kończy się „dołem” u mnie i mojego męża. Każde babskie spotkanie na plotkach kończy się moim wieczornym potokiem łez. W czasie tych spotkań oboje byliśmy bardzo dzielni, spokojnie znosiliśmy dyskusje o wózkach, łóżeczkach itp., ale wieczorem docierała do nas gorzka prawda: że nie jesteśmy w tej drużynie. Paweł w pewnym momencie zabronił mi spotkań z przyjaciółkami, bo nie mógł już patrzeć jak cierpię. On cierpiał bardziej w samotności. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Nie mieliśmy już siły o tym rozmawiać. Nie, nie obwinialiśmy siebie nawzajem, przynajmniej ja go nie winiłam, że przez niego nie mam dziecka. Nie wiem, czy on mnie winił. Pytałam kilka razy, zawsze zaprzeczał. Raczej winiliśmy sami siebie, że nie możemy dać kochanej osobie takiego małego szczęścia. Seks przestał sprawiać nam przyjemność, bo był tylko „robieniem” dziecka. Na początku mierzyłam temperaturę, liczyłam dni płodne. Ale wtedy seks nie miał kompletnie sensu. Mało tego – oboje akurat w „te” dni nie mieliśmy na nic ochoty. Potem przestałam Pawłowi mówić, kiedy są „te” dni, ale on sam mniej więcej wiedział. Generalnie nie było aż tak źle z bliskością, ale właśnie w „te” dni do naszej sypialni zakradała się „lodówka”. Oboje zaczęliśmy uciekać z domu w pracę, ja dodatkowo co tydzień w piątki i w soboty z przyjaciółkami na dyskotekę, Paweł na piłkę nożną, siłownię, na spotkania z kumplami przy piwie. Wtedy mogliśmy choć na chwilę zapomnieć, skupić się na obowiązkach w pracy, zatracić się w tańcu w hałasie muzyki, gadać z przyjaciółmi o byle czym. Wieczorem padaliśmy ze zmęczenia i zasypialiśmy po 5 minutach, właściwie ze sobą nie rozmawiając, bo nawet nie było kiedy – mijaliśmy się tylko w drzwiach przy wejściu - wyjściu. Temat dziecka ciągle jednak był w tle.
Zaczęłam czytać w internecie o niepłodności. Szukałam wskazówek, gdzie szukać pomocy. Trafiłam na konsultacje do następnych lekarzy. Każdy zalecał kilka kolejnych badań (oczywiście płatnych), kasował za wizyty i na tym koniec. śadnego konkretu, żadnej rzetelnej diagnozy, żadnego planu działania na przyszłość. Raz nawet dostałam diagnozę – wyrok, że z moim schorzeniem - PCO (zespół policystycznych jajników), diagnoza po 30 min. wizyty, cena wizyty: 300 zł (!) - dzieci nigdy mieć nie będę. Kolejny lekarz, również po 30 min. wizyty, wykluczył u mnie takie schorzenie, bo „nie wygląda mi pani na PCO”... No i jedno, powtarzające się zalecenie: „proszę się wyluzować, wyjechać na jakieś wakacje, zalecam mniej stresu”. To znaczy co? Mam zwolnić się z pracy? Wyjechać na bezludną wyspę bez ludzi, radia i telewizora? Codziennie zaczynać i kończyć dzień drinkiem, żeby mieć wszystko w nosie? W momencie, jak padały te magiczne słowa, od razu zmieniałam lekarza. W międzyczasie zdążyliśmy jeszcze dwa razy przystąpić do inseminacji. Jak się okazało po latach – byłam do nich niewłaściwie przygotowywana, wszystko było robione „na czuja”, właściwie w naszym przypadku w ogóle podejście do inseminacji było bezcelowe. Ale że taka jest „klasyczna” droga każdej niepłodnej pary: leki „na czuja” – a nóż coś zaskoczy (!), potem wakacje na „luz”, potem parę badań, wreszcie inseminacja (mniej lub bardziej „na czuja”), bo to jeszcze częściowo refundowane z NFZ, to my też tą drogę przeszliśmy. Dzisiaj jestem mądrzejsza. Wiem, że najgorszą zbrodnią dokonywaną przez lekarzy, jest kradzież czasu, ale wtedy wydawało mi się, że jestem pod opieką fachowców, ufałam lekarzom. A to był błąd. Z jednego z forum internetowych dowiedziałam się, że przede wszystkim muszę trafić do ginekologa, który specjalizuje się w leczeniu niepłodności. Niby ci wszyscy byli specjalistami w tej dziedzinie, ale chyba tylko z wizytówki.
Pewnego dnia Paweł miał montaż u lekarza ginekologa. Od słowa do słowa i Paweł powiedział mu o naszych problemach. Okazało się, że jest ginekologiem – położnikiem, ale ma też wieloletnie doświadczenie w leczeniu niepłodności, chociaż dziś pracuje w szpitalu i zajmuje się bardziej kobietami „już” w ciąży. Paweł umówił się z nim na konsultację. Wzięłam moją wielką teczkę z chronologicznie poukładanymi badaniami, wynikami i diagnozami z ostatnich 3 lat (mogłabym wydać książkę). Skrzętnie wszystko przejrzał. Nic nie mówił o stu-procentowych szansach (jak to już bywało), ale też nie odebrał nam nadziei. Okazało się, że przez tyle czasu nikt nie skierował mnie na kilka podstawowych badań, które miałyby istotne znaczenie w diagnostyce niepłodności w naszym przypadku. Doktor przedstawił nam wstępny plan działania. Nie sztywny schemat z książki, tylko wstępny, indywidualny plan dla nas, bo każdy następny krok miał być uzależniony od wyników wcześniejszych badań. śadne z badań laboratoryjnych, nawet poważniejsze badanie w szpitalu, nie przyniosło odpowiedzi, gdzie tkwi przyczyna. Któregoś dnia doktor powiedział nam szczerze, że nie ma sensu w kółko faszerować się tymi samymi lekami i robić kolejnych inseminacji, skoro z badań wynika, że wszystko jest ok. No, nie do końca wszystko, bo tu i tam były jakieś drobne symptomy źródła problemu (jeden wynik w górnej granicy normy, inny w dolnej), ale żadne z badań nie dało jasnej odpowiedzi. Teoretycznie, przy wynikach w normie (generalnie), powinniśmy mieć dzieci bez większych problemów. Teoretycznie... Zapytał nas, jak my to dalej widzimy. Zaproponował, żeby dać czas naturze (z silnym wspomaganiem farmakologicznym i obserwacją m.in. na USG) jeszcze maksymalnie przez sześć miesięcy, a potem zostaje nam decyzja o in-vitro. Powiedział, że nie można zwlekać dłużej, bo potem może być za późno nawet na in-vitro. Zostawił nam temat do przemyślenia, nic nie naciskał, nie wskazywał rozwiązania. Podał tylko wszystkie argumenty za i przeciw, do rozważenia już tylko przez nas. Czas mijał, sześć miesięcy minęło szybko, dziecka nie było. Ze względów religijnych ciężko nam było podjąć jednoznaczną decyzję „ZA” in-vitro. Dużo rozmawialiśmy – ze sobą, z rodzicami, z przyjaciółmi. Pewnie wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, ale choroba niepłodności, tak jak nowotwór, czy alkoholizm, to choroba nie tylko tych dwojga, ale również ich rodzin i przyjaciół. Jeżeli tylko wiedzą o problemie, przeżywają to nie mniej niż niepłodna para.
Wreszcie porozmawialiśmy z zaprzyjaźnionym księdzem, a on nas nie potępił. Powiedział tylko, że bez Boga to nawet in-vitro nam nie wyjdzie, bo choćby i pod mikroskopem, to Bóg daje życie, a nie lekarz, że lekarz jest tylko narzędziem w rękach Boga i że trzeba korzystać z dzisiejszej medycyny, i że będzie się modlił za nas i nasze dziecko. To wszystko nas umocniło. Ten cały czas, kiedy opiekował się nami doktor Z., te słowa rodziców, przyjaciół, księdza. To nas utwierdziło w naszej decyzji co do kolejnego kroku i jednocześnie umocniło nasze małżeństwo. Nasz związek znowu był związkiem dwojga kochających się, bliskich sobie ludzi, którzy odnaleźli się po kilku miesiącach tułaczki po bocznych torach. Trafiliśmy na właściwy, prosty tor, wytyczyliśmy sobie cel, ustawiliśmy plany: ostatnie wakacje we dwoje, potem ostatni remont póki nie ma malucha, potem in-vitro i oczekiwanie na dziecko. Wszystko szło zgodnie z planem, nawet w pracy udało mi się wszystko poustawiać. Bez problemu dogadałam się z szefem co do zastępstwa, bo wiedziałam, że od samego początku będę musiała być na zwolnieniu. Płakałam, gdy odchodziłam z pracy na zwolnienie. Przez 11 lat nie byłam na zwolnieniu dłuższym niż 4 dni na grypę, a teraz miałam to wszystko zostawić na tyle miesięcy? Jak praca poradzi sobie beze mnie? Jak ja poradzę sobie bez pracy? Dzisiaj widzę, że to było dziwne, wręcz głupie. Nawet nie zauważyłam, że byłam uzależniona od pracy, byłam pracoholiczką... Dziewczyny z biura płakały razem ze mną. W sumie to nie wiem dlaczego płakałyśmy. Wiedziałam, że odchodzę, by czekać na malutkie szczęście, o którym tyle marzyłam. One też z całego serca życzyły mi „mamuśkowania” bliźniakom (bo wyczytały, że przy in-vitro są duże szanse na dwójkę) i powrotu dopiero za 1,5 roku. Ale i tak jakoś przykro było... Zaczęły się codzienne wizyty u lekarza, mój organizm rewelacyjnie odpowiedział na leki, a to nie zawsze się zdarza. Wreszcie „ta” wizyta – pobranie moich jajeczek. Cała „akcja” mega stresująca – nie tylko dla mnie, że znieczulenie, ból itd., ale też dla Pawła. Nikt mi nie powie, że pary, które decydują się na in-vitro, robią to dla kaprysu! To jest ogromnie trudna najpierw decyzja, potem procedura... Jeden wielki stres. Ile ja bym dała, żeby nasze dziecko było owocem prawdziwej miłości w sypialni, a nie owocem procedury medycznej! Przecież kiedy nasze dzieci zaczynały życie, nas nawet przy tym nie było (byliśmy w domu a komórki łączyły się z plemnikami pod mikroskopem w klinice), kiedy zachodziłam w ciążę (transfer zarodków), tata dzieci był obok w pokoju, a ze mną w gabinecie był lekarz i pielęgniarka... Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie...
Żeby nie było nam zbyt łatwo, akurat w tym momencie w mediach wybuchła wielka narodowa debata o in-vitro, o możliwościach refundowania zabiegów, ale przede wszystkim o in-vitro jako sposobie na zabijanie nienarodzonych dzieci. To nas wykańczało psychicznie. Ale skoro już zaczęliśmy, to musieliśmy iść do przodu. Dobrze, że poznańska klinika, do której trafiliśmy, to był strzał w dziesiątkę. Wzorowa - subtelna i rzetelna opieka tamtejszych lekarzy, ze współpracą z moim dotychczasowym lekarzem, łagodziła stres przygotowań. Chociaż tyle i aż tyle... Jajeczek było sporo – dobra wróżba na następne dni. Na drugi dzień telefon do lekarza: jak tam? Możemy przyjechać po nasze „kulki” (jak je wtedy nazywaliśmy)? Na następny dzień pojechaliśmy na transfer. Okazało się, że zostały tylko dwa zarodki i to też nie najlepsze, bo w klasie B (najlepsze są A). W czasie obserwacji pod mikroskopem ujawniła się przyczyna naszej wieloletniej walki o dziecko. Moje komórki były ładne i zdrowe, Pawła plemniki też (wybrane najlepsze z najlepszych), nasze zarodki zapładniały się prawidłowo, ale po kilku godzinach następował kryzys. Zaczynały źle się dzielić (powinny najpierw na 2, potem na 4, 8 itd. równo i symetrycznie), potem obumierały. Możliwe, że wcześniej też byłam w ciąży, takiej naturalnej, ale taka ciąża obumierała po dwóch, trzech dniach od zapłodnienia, tylko my o tym nie wiedzieliśmy. Tego nie dało się sprawdzić. Dopiero pod mikroskopem było widać, co dzieje się z zarodkami. Do mojego brzucha trafiły te dwa, które przeżyły, choć nie dawały dobrych rokowań. Lekarze nie odbierali nam jednak nadziei. Ponoć często się zdarza, że pierwsze podziały odbywają się niezgodnie z książkowymi normami, ale maluchy w sprzyjających warunkach „brzuszkowych” zaczynają rozwijać się prawidłowo. Teraz dwa tygodnie czekania na... brak miesiączki. Koszmar. Nie wiem, jak to przeżyliśmy. Głowa pełna myśli: Panie Boże, jak maluchy mają być chore, to nie pozwól im się zadomowić, a jeśli zdrowe, to niech rosną, że chcielibyśmy chociaż jednego bąka, bo bliźniaków to się trochę boimy...
I tak w kółko. W dzień trochę internetu, ciągłe poszukiwanie wiadomości, czy nieprawidłowe pierwsze podziały mogą mimo wszystko być początkiem zdrowej ciąży, najgorsze są noce – nieprzespane... Miesiączka nie pojawia się w terminie. Jest nadzieja. Nie mam odwagi od razu zrobić testu, boję się rozczarowania. Czekam jeszcze 2 dni. Robię test. Negatywny. Jeszcze jest nadzieja – czasem na samym początku beta-HCG nie jest wysoka i zwykły apteczny test nie wykazuje. Ale wieczorem zaczyna się krwawienie... Silne, prawie krwotok... A z oczu płyną łzy... Prawie potok... Nie wiem, jak przeżyliśmy te kilka dni „po”. Nie pamiętam dokładnie, nie chcę pamiętać... Bo nawet dziś, kiedy to piszę i wszystko wraca, jak zły sen, łzy same napływają do oczu i tak samo boli... Jedyne co pamiętam, to W-Z’ki, które Paweł codziennie przywoził mi po pracy. Moimi ulubionymi ciastkami chciał mi osłodzić gorycz porażki, choć wiedział, że to niemożliwe... Ale sam nie wiedział, co robić... Jego też bolało... Ale nie płakał. Ja płakałam bez przerwy. Właściwie z przerwą – na sen. Usypiałam we łzach, budziłam się ze łzami. W nocy nie płakałam. Byłam już tak wykończona, że nawet spałam. Na szczęście. Nie zniosłabym jeszcze bezsennych nocy. W dzień też dużo spałam. Jak się spłakałam, to usypiałam ze zmęczenia. Ciągle mówiłam sobie, że może tak jest lepiej, że lepiej, że ich nie ma, niż gdyby miały być chore, że Bóg tak zadecydował dla naszego dobra, i dobra tych dzieci. Ale jednocześnie wyrzucałam sobie, że przecież nie chciałam bliźniaków, więc one też nie chciały zostać z nami solo. Chciałam zapaść się pod ziemię i obudzić za jakiś czas, jak już będę w ciąży... Za kilka dni dowiedziałam się, że moja koleżanka straciła 3-miesięczną ciążę, a druga - 6-miesięczne bliźniaki, obie po in-vitro... To był cios poniżej pasa. Te wiadomości złamały nawet Pawła. Płakaliśmy, a raczej wyliśmy oboje. Pawłowi było to potrzebne, bo przez ten cały czas nosił ten ból w sobie, a tego nie wolno robić.
Po tym jak powiadomiliśmy rodziców, najbliższych przyjaciół, mojego szefa, ja próbowałam się odciąć, zamknąć w domu. Paweł chciał do ludzi, bo wydawało mu się, że w tłumie jest lżej. Skontaktowaliśmy się z naszym lekarzem. Powiedział, że musimy zrobić przerwę na jeden cykl i możemy spróbować drugi raz. Aby skupić się na nowym celu, ustaliliśmy, że poczekamy tylko tyle, ile trzeba. Powiadomiłam szefa, że nie wracam do pracy, że robimy drugie podejście. Wszystkie siły skierowaliśmy na nowe tory, skupiliśmy się na nowej dacie. Tak było łatwiej. W tym momencie poważnie zachorowała moja babcia, prawie otarła się o śmierć, trzykrotnie się z nią żegnaliśmy. Dziś, z perspektywy czasu myślę, że gdybym była wtedy w ciąży, to nie byłby dobry okres dla tych dzieci. Babcia wymagała całodobowej opieki, stres walki z chorobą i ze śmiercią był tak olbrzymi, że na pewno odbiłoby się to na zdrowiu dzieci, zwłaszcza, że byłyby to pierwsze tygodnie ich życia, kiedy kształtują się wszystkie najważniejsze organy. Babcia miała się trochę lepiej, my przygotowywaliśmy się do kolejnego in-vitro. Baliśmy się, że Bóg da nam nowe życie, ale za karę zabierze drugie. Chociaż znaliśmy już całą procedurę, tym razem stres zabiegu był chyba jeszcze większy. Doktor zmienił mi trochę schemat i leki, żeby zobaczyć, czy tym razem organizm odpowie inaczej. Chodziło o „wyprodukowanie” lepszej jakości jajeczek kosztem ich ilości. W sumie to do szczęścia potrzebne jest jedno jajeczko i jeden plemnik, więc leczenie było jak najbardziej logiczne. Efekt początkowy zgodny z oczekiwaniami, ale po dwóch dniach okazało się, ze historia lubi się powtarzać... Został jeden zarodek, w klasie B/C, czyli jeszcze gorzej niż ostatnio, czyli rokowania jeszcze gorsze. Tym razem od początku czuliśmy, że się nie uda, że za mało szans, ale nadzieja była silniejsza. W głębi serca liczyliśmy na cud... Ale cudu nie było... Niby już wszystko raz przeszliśmy, niby wiedzieliśmy jak to jest, niby byliśmy przygotowani na porażkę, ale znowu bolało tak mocno... Bolało tym bardziej, że o stracie tej ciąży dowiedzieliśmy się dzień przed wigilią... To były najgorsze święta w naszym życiu. Co prawda tuż przed świętami babcia wyszła ze szpitala, była bardzo słaba, ale jednak z nami, ale nie było z nami tej małej fasolki w brzuszku... Dzieliliśmy się opłatkiem przez łzy. Nikt nie mówił tego głośno, ale każdy wiedział, że stało się: życie za życie. Babcia jest z nami, a ceną za to jest brak maluszka. Chyba nawet babcia zdawała sobie z tego sprawę. Była schorowana, ale bardzo świadoma na umyśle. Pewnie nie raz pomyślała, zresztą później parę razy jej się wymknęło niechcący, że Pan Bóg mógłby już ją zabrać, bo ona swoje życie już przeżyła (90 lat), a my mamy życie przed sobą. Ale nie potrafiłam być zła na babcię, że niby przez nią nie mamy dziecka, bo to moja ukochana babcia. Nie mogłabym wybierać: moje dziecko albo moja babcia... A może tak miało być? Pan Bóg wyrwał babcię ze szponów śmierci po to, żeby nas pocieszyć? Bo gdybyśmy wtedy stracili babcię, a potem dziecko, to byłoby dla nas za dużo? Nie wiem, jaki był boski plan.
Dziś widzę to inaczej – tak miało być i już. Nasz przyjaciel – ksiądz powtarzał nam zawsze w trudnych chwilach: „zaufaj Bogu, on wie co dla ciebie dobre”, ale wtedy trudno nam było to wszystko zrozumieć i tak po prostu przyjąć. Człowiek odruchowo się buntuje, chociaż mimo wszystko staraliśmy się zrozumieć... Wróciłam do pracy. Nie mogłam dłużej być na zwolnieniu. W sumie – nie było wskazań. No, chyba że poszłabym do psychiatry, ale nie chciałam. Pomyślałam, że praca pomoże mi odreagować. Ustaliliśmy z lekarzem, że podejmiemy jeszcze jedną próbę - w końcu do trzech razy sztuka, prawda? Ale mój organizm był wymęczony, konieczna była dłuższa przerwa. Wróciłam do pracy na pięć miesięcy. Dziewczyny przyjęły mnie bardzo ciepło. Udało się tak zorganizować pracę, że mój chwilowy powrót nie narobił zbyt wiele zamieszania. Klienci byli trochę zdziwieni moimi pożegnaniami i powrotami, ale nikt nie pytał, chociaż myślę, że niektórzy się coś niecoś domyślali. Mój nieplanowany powrót do pracy miał jednak jeden plus: zaowocował sukcesem, bo dostałam ofertę świetnej pracy w firmie współpracującej. Chcieli mnie porwać od razu, ale musiałam się przyznać, że za miesiąc będę w ciąży i że do tematu możemy wrócić za rok lub półtora, w zależności, czy będzie jedno dziecko czy dwoje. Przyjęli to ze zrozumieniem i stwierdzili, że w takim razie poczekają. Jak miło. Razem z moimi przyjaciółkami „od niedoli”, tj. tymi po in-vitro i po stratach, nastawiałyśmy się na nowy cel, wpierałyśmy się, że teraz będzie dobrze i nie ma prawa być inaczej. One podeszły szybciej, obie w lutym. Właściwie było między nimi tylko kilka dni różnicy. W marcu radosna nowina – obie są w ciąży! Do drużyny dołączyła jeszcze jedna koleżanka od tego samego doktora. U niej pierwsza próba zakończyła się sukcesem. Dobra passa rozpoczęta. „Ładowałam bateryjki” od nich. Postawiliśmy wszystko na tą próbę. Wykorzystaliśmy wszystkie możliwości wsparcia: witaminki, cudotwórcze suplementy diety, nawet „czary-mary” i wzmacnianie naturalnego bio-pola u bioenergoterapeuty (nigdy nie byłam „przeciw” ale „za” też nie bardzo). Nawet „potulałam się” z ciężarnymi przyjaciółkami, bo to ponoć ma magiczną moc i jest „zaraźliwe”. Wszystko szło według znanego schematu, chociaż lekarz znowu zmodyfikował trochę dni leków i dawki. Organizm współpracował wzorowo. Po punkcji okazało się, że dobrych jajeczek jest zdecydowanie więcej niż za pierwszym i drugim razem. Na drugi dzień okazało się, że zapłodnione komórki dobrze się dzielą. Jakiś cud? Kolejny dzień i radosna nowina: żaden zarodek nie odpadł. Rozłączyłam się z doktorem i siedziałam chwilę w osłupieniu zanim zadzwoniłam do Pawła.
To było niewiarygodne. Następnego dnia pojechaliśmy do kliniki. „Mamy 9 zdrowych zarodków, wszystkie w klasie A, pięknie się podzieliły, rozwijają się książkowo, dwa podajemy, resztę mrozimy na wypadek, jakbyście państwo chcieli mieć większą gromadkę” – nie wierzyliśmy w to, co słyszeliśmy od doktora. W oczach zakręciły się łzy, ale już nie te same, co ostatnio. To były pierwsze łzy szczęścia. Jeszcze potencjalnego, ale już szczęścia. Wiedzieliśmy, że w razie „wu”, mamy jeszcze nasze „mrożaki” (jak o nich mówią w klinice), czyli jeszcze 7 potencjalnych „małych szczęść”. śeby nie zapeszyć, na pożegnanie w klinice powiedzieliśmy „do usłyszenia”, a nie - jak wcześniej - standardowe „do widzenia”. Niby nic, a jednak na sercu było lżej. Wracaliśmy do domu jak na skrzydłach. Wyrzuciłam wszystkie resztki leków, ulotki, dane do przelewu do kliniki. Wtedy – nie wiem po co – wszystko zostawiłam... Na pamiątkę, czy co? No bo po co??? Bez sensu. Teraz chciałam pozbyć się wszystkiego, bo przecież nie będzie mi już potrzebne... Tak mi kazały myśleć moje „lutowe mamuśki” i stosowałam się do zaleceń. Myślałam tylko o dzieciach, już widziałam jak chodzimy razem na spacery. Alina kazała mi wizualizować cel, więc to robiłam. I nawet przez myśl mi nie przeszło, że nie chciałabym tych obu dzieciaczków, które powędrowały do brzuszka. Modliłam się, żeby one same zadecydowały, czy zamieszkają tam razem, czy solo. Śmialiśmy się z Pawłem, że będą „jaja” jak będzie dwójka..., że jak będzie jedno to dobrze, jak dwoje, to też dobrze. śadnych złych myśli, złych przeczuć. Historia nie zawsze się powtarza. Znowu czekaliśmy. Niby powinnam już dostawać miesiączkę, a tu nic nie wskazywało na to, żeby miała przyjść, więc może jednak będzie dzidzia?... Zresztą gdzieś podświadomie czułam, że ciąża się utrzyma. Całe dnie leżałam w łóżku, wypoczywałam, czytałam, oglądałam telewizję. Paweł nie pozwalał mi nic robić, żadnego odkurzania, włażenia na stołki, podnoszenia rąk do góry, tylko i wyłącznie odpoczynek. Spotkałam się na plotkach z Aliną. Ustaliłyśmy wspólnie, że w niedzielę spróbuję zrobić pierwszy test. To trochę wcześnie, ale może już coś pokaże. Niedziela. Blady świt. Mus wc obudził mnie o 5 rano, więc musiałam zrobić test ciążowy o tej porze, bo musi być z pierwszego porannego moczu..., 5 minut stresu..., i jest !!! druga kreska!!! Co prawda dość blada, ale jest więc chyba jest ok. Tatuś Paweł, lekko zaspany, 3 razy pytał, czy jestem pewna i że to chyba dobrze. Na jego twarzy nie widać dzikiej radości, ale raczej ulgę, że jest dobrze. Sprzątam resztki testu i wtulam się w Pawła. Idę jeszcze trochę pospać. O 8,00 budzę się totalnie wyspana. O 8,43 wysyłam pierwszego smsa z wiadomością do cioci Aliny. Odpisuje krótko, że jest ok. i że jest szczęśliwa. Alina kazała mi zachować test na pamiątkę. Musiałam wyjąć go z kosza, bo z tego szoku wszystko od razu wyrzuciłam do śmieci. Po południu powiedziałam mamie, że wszystko wskazuje na to, że będzie babcią. Znowu nie było dzikiej radości, tylko ulga szczęścia. Ale to wystarczy... Następnego dnia zadzwoniłam do lekarza z informacją o teście. Był szczęśliwy i kazał zgłosić się na badanie za jakieś 2 tygodnie. Powiedziałam mu przy okazji, że mam taki dziwnie duży brzuch, bardzo napięty i twardy. Kazał mi zgłosić się na USG wyjątkowo wcześniej – w następnym tygodniu. Zadzwoniłam do drugiego lekarza – do kliniki. Też się ucieszył i pogratulował – nam i sobie. Powiedział, żebyśmy się odezwali, jak już będziemy po USG i będziemy wiedzieć, ile jest maluchów. Trochę zaniepokoiła go jednak informacja o brzuchu i kazał mi zrobić kilka dodatkowych badań. W USG lekarz stwierdził lekkie komplikacje po lekach do in-vitro, które trzeba obserwować, ale stwierdził też, że macica wygląda już na ciążę. Jeszcze nic nie widać dokładnie, bo jest za wcześnie, ale jest dobrze. Po tygodniu pojechaliśmy na kontrolę. Wszystko szło w dobrym kierunku, te powikłania po lekach powoli ustępowały.
Na USG zobaczyliśmy pierwsze dowody ciąży. Jedna fasolka była wyraźnie widoczna, druga - tak nie bardzo. Lekarz nie chciał nam potwierdzić, że jest dwoje. Ten drugi miał kształt takiego rogalika, a nie fasolki, dlatego nie było wiadomo, czy się wolniej/szybciej rozwijał, czy może się w ogóle nie będzie rozwijać. Tak więc wiedzieliśmy, że ciąża jest, ale na ten moment mieliśmy 1,5 dziecka... Znowu musieliśmy czekać kolejne 14 dni, żeby wiedzieć, czy będzie 1 maluch czy bliźniaki... Wieczorami myśli kotłowały się w głowie, że jeśli dwoje, to będzie ciężko. Ale gdzieś podświadomie oboje wiedzieliśmy już, że będzie dwoje... Wkrótce zaczęły doskwierać mi mdłości – kolejny dowód ciąży, choć niezbyt miły. Byłam głodna, a na nic nie miałam ochoty... Ale sama przecież o tym marzyłam... Minęły dwa tygodnie. Wizyta u lekarza. Pojechałam z Pawłem, przy okazji zabrała się też moja mama. Badanie USG... Szukanie malucha... i jest... pierwszy... i drugi... Paweł aż wykrzyknął z radości, oboje patrzyliśmy na monitor i nie wierzyliśmy, że to co widzimy na ekranie, te dwie malutkie fasolki, to nasze dzieci... Lekarz je mierzył, sprawdzał bicie serduszek (było widać jak pulsują...). Oboje mieliśmy łzy w oczach... To kolejne łzy, ale łzy szczęścia... Dostałam recepty na leki, zaświadczenie lekarskie do pracy o ciąży bliźniaczej i zdjęcie maluchów na papierze – dowód rzeczowy, że tam są! Doktor powiedział, że z racji dwójki będziemy musieli częściej się spotykać, ale to standardowe procedury przy ciąży bliźniaczej. Jak wyszliśmy z gabinetu, dałam mamie prezent imieninowy – pierwsze zdjęcie wnuków - bliźniaków. Była zszokowana, ale jednak szczęśliwa. Pojechałam do pracy, żeby zostawić zwolnienie i zaświadczenie o ciąży. Dziewczyny uściskały mnie, jak się dowiedziały o dwóch bąkach. Aż piszczały z radości. Nabijałyśmy się, że rozpiszę im grafik opieki, jak maluchy będą płakały na zmianę... Cała rodzina, przyjaciele, znajomi – wszyscy byli w szoku, że dwójka, ale wszyscy cieszyli się razem z nami.
Następne tygodnie minęły mi pod znakiem mdłości, napadów głodu i ciągłej senności. Ale te wszystkie męki wynagrodziły nam po kilku tygodniach nasze małe bąki. Na kolejnym USG już było widać zarys ich maleńkich ciałek, nawet pomachały nam rączkami i nóżkami. A w oczach stanęły nam znowu łzy... Nasze maluszki kochane... Teraz jestem w 4 miesiącu ciąży. Mdłości ustąpiły, jestem trochę senna, ale przede wszystkim szczęśliwa. Brzuszek powoli rośnie, więc maluchy chyba dobrze się mają tam w środku. Za tydzień kolejna wizyta u lekarza. Chyba jeszcze nie poznamy płci, bo to za wcześnie, ale znajomi już obstawiają zakłady, że będzie parka. My wieczorami przekomarzamy się na temat imion dla potencjalnego chłopca i dziewczynki. Nie ma jeszcze pełnej zgody, ale mamy jeszcze trochę czasu. Tymczasem cieszymy się z tego czasu, który mamy teraz – czasu oczekiwania na nasze pociechy. Paweł codziennie całuje na dzień dobry, na do widzenia i dobranoc nie tylko mnie, ale daje też po buziaku dla każdego bąka. A ja piszę im pamiętnik z każdego dnia czekania, który dam im w prezencie na osiemnaste urodziny. śeby wiedziały, jak bardzo były kochane, zanim jeszcze pojawiły się na świecie... Miało być krótko, ale nie wyszło. Nie da się opisać prawie sześciu lat życia na jednej stronie. Postanowiłam opisać naszą historię, by przeczytali ją inni. Ci, którzy przeszli to samo, lub teraz to przeżywają, żeby dowiedzieli się, że nie są sami w bólu. Ci, którzy tego nie przeszli, żeby zrozumieli, jakie to trudne doświadczenie. I żeby ci właśnie nigdy nie potępili żadnej walczącej o dziecko pary, która w końcu zdecydowała się na in-vitro, żeby nikt nigdy nie powiedział, że zabijają dzieci. Bo ci właśnie tak strasznie kochają dzieci, że są w stanie tyle przejść dla tej maleńkiej miłości. „Zrozumie tylko ten, kto otarł się o śmierć” jak śpiewa Golden Life, choć tu trzeba zastąpić: „niepłodność”... I nawet, jeżeli nie wygram żadnej nagrody w Waszym konkursie, to ja już wygrałam... tym, że w lutym na świecie pojawią się te dwa małe ludziki... To więcej niż wygrana w totolotka. Za parę lat zapomnimy też, że wydaliśmy prawie 40 tyś. na leczenie, że moglibyśmy kupić za te pieniądze niezły samochód. Ale samochód jeszcze zdążymy kupić. A na nasze dzieci nie mogliśmy już dłużej czekać...
a u nas... kolejne m-ce ciąży nie były już tak piękne, w 18tc zaczęła się walka o utrzymanie zagrożonej ciąży (niewydolność szyjki), potem leżałam już plackiem (tylko wc i prysznic...) do końca...który przyszedł nagle 1,5 m-ca przed terminem...ciąża niby prawie donoszona, bo dzieciom groziło przecież skrajne wcześniactwo, ale małe (w końcu 2 dziewczynki zamiast parki:) urodziły się z zakażeniem, które spowodowało u jednej z nich uraz mózgu. mała ma problemy z prawidłowym rozwojem fizycznym,ale każdego dnia walczymy o jej zdrowie. idzie małymi kroczkami, ale do przodu więc jest tylko opcja, że będzie dobrze. dzieci dają nam wiele radości, nawet jak wrzeszczą:) hahaha nie wyobrażamy sobie, że mogłoby ich nie być... TRZYMAM KCIUKI za Wasze starania!!! buziaki!
ps.jakby któraś z Was potrzebowała pomocy, informacji lub po prostu wsparcia w sprawie IVF to podaje GG 34384126.
Trzymajcie się dzielnie, w zdrowiu i miłości.
Dziękuję i Gratuluję
Ja się starałam 1-1,5 roku. Po badaniach moich i mojego partnera okazało się, że może nie być łatwo. Ale dzięki Bogu udało się naturalnie, z pomocą witaminowo- spokojowo-obliczeniowo- wyjazdową :)
Ale nie wiem co by było jakby nam się nie udało. Już miałam dość od wielu miesięcy i coraz bardziej się załamywałam. Nie wiem czy dałabym radę jakby czekała mnie taka droga jak Ciebie.. Gratuluje Ci podwójnie ( i Twojemu mężowi także- to ogromne wyzwanie dla faceta).
Teraz jestem już spokojna i szczęśliwa. Oo momentu zrobienia testu zmieniło się moje życie, teraz jestem przede wszystkim szczęśliwa, jakbym coś wygrała.
Życzę wszystkim starającym się oprócz oczywiście sukcesu, dużo siły i wytrwałości. Jak widać nawet jak minimum szans to może się udać. Powodzenia!!!
Ciebie i innych zapraszam na mojego bloga pierwszaciaza.blog.onet.pl